Ominąć e-cenzurę

– Działanie serwisów społecznościowych przypomina dawną cenzurę, która reagowała na konkretne słowa – mówi publicysta Rafał Ziemkiewicz. Czy powinny powstawać portale dla prawicowców?

Serwis mikroblogowy Parler zanotował niedawno wzrost liczby kont z 4,5 mln do 8 mln – ogłosili jego właściciele. Liczba aktywnych użytkowników skoczyła zatem z 500 tys. do ponad 4 mln. Parler ma być alternatywą dla portali społecznościowych cenzurujących prawicowy przekaz. Nie jest to pierwsza taka próba.

Nie nasz prezydent

Od kilku miesięcy popularniejszy od Parlera konkurent, Twitter, prowadzi wojnę z Donaldem Trumpem. Profil amerykańskiego przywódcy jest tam obserwowany przez prawie 33 mln osób z całego świata. W czasie poprzedniej kampanii wyborczej Trump wykorzystywał portal do komunikacji z wyborcami bez pośrednictwa nieżyczliwych mediów. Jednak serwis blokował wpisy oskarżające Huntera Bidena, syna wyborczego konkurenta Trumpa Joe Bidena o przyjęcie łapówki. W połowie października zawieszono funkcjonowanie konta rzeczniczki Białego Domu Kayleigh McEnany, która odnosiła się do zarzutów pod adresem młodszego Bidena. Później konto odwieszono, ale wpis zniknął. Serwis oznaczał też posty Donalda Trumpa (średnio co trzeci) jako mogące zawierać nieprawdziwe treści.

Przeciw nienawiści

Przypadków cenzurowania konserwatywnego przekazu przez społecznościówki jest mnóstwo. Pod koniec października Twitter zawiesił funkcjonowanie konta prymasa Czech. Kard. Dominik Duka komentował słowa papieża o związkach jednopłciowych. W jaki sposób wyraził się czeski prymas, tego obserwujący jego profil już się nie dowiedzą. Konto uruchomiono z powrotem po kilku dniach, ale wpisu już nie było. Witając innych użytkowników „po powrocie z cyfrowego czyśćca”, kard. Duka stwierdził, że nie podano mu powodu blokady konta. „Niewiele różnimy się od lat 80.” – napisał.

Podobne problemy miał pod koniec sierpnia poseł PiS Krzysztof Sobolewski. On także, jak twierdził, nie dowiedział się od administratorów portalu, w jaki sposób miał naruszyć regulamin. Regularnie blokowane są konta niektórych polskich działaczy pro-life. To samo dotknęło w 2017 r. członków amerykańskiej Live Action. Prowadzili oni kampanię na rzecz pozbawienia organizacji Planned Parenthood publicznych pieniędzy. Jak donosił portal Life Site News, serwis blokował profile, uznając wpisy za obraźliwe i podżegające do nienawiści.

Dla konserwy

Serwis Parler działa od 2018 r. Założyli go dwaj informatycy znający się z Uniwersytetu w Denver: John Matze (dziś prezes firmy) i Jared Thomson (odpowiada za kwestie techniczne). W portal zainwestowała Rebekah Mercer. To inwestorka pochodząca z bogatej rodziny współfinansującej wiele projektów kojarzonych z prawicą, ale wspierająca też Cambridge Analitica, firmę zbierającą i analizującą dane o internautach na potrzeby kampanii wyborczych.

Parler działa podobnie do Twittera. Użytkownicy mogą tam umieszczać krótkie wpisy, zdjęcia i nagrania. Różnicą jest długość tekstu: 999 znaków na Parlerze, 280 na Twitterze.

W ciągu kilku miesięcy od powstania Parler uzbierał 100 tys. użytkowników i stopniowo rósł. Przełomem okazał się czas wyborów w Stanach Zjednoczonych. Córka prezydenta, Ivanka Trump, zapowiedziała założenie tam profilu. To samo zrobiło wielu polityków i sympatyków republikanów. Związany z tą partią publicysta, były oficer policji i Secret Service ogłosił, że przejmuje kontrolny pakiet udziałów w serwisie. Liczba użytkowników eksplodowała. John Matze chwalił się, że 8 listopada w ciągu jednego dnia założono aż 2 mln nowych kont, a w ciągu weekendu 6–8 listopada liczba aktywnych użytkowników wzrosła czterokrotnie. W Polsce za nowym trendem poszła m.in. partia KORWiN i Solidarna Polska, a także działacze pro-life oraz publicyści. Do popularności Twittera, który w drugim kwartale notował 186 mln aktywnych użytkowników dziennie, ciągle jednak jest daleko.

Większa kontrola

Twitter nie jest jedynym portalem, z którym konserwatyści mają kłopoty. Zdarzało się to także użytkownikom ­Facebooka czy YouTube’a. Na zwiększenie kontroli treści naciska w dodatku Unia Europejska. W 2016 r. Komisja Europejska zawarła z ­Facebookiem, Microsoftem, Twitterem i You­Tube’em (w 2018 r. dołączyły jeszcze Google+, Instagram, Snapchat i Dailymotion) porozumienie dotyczące walki z „nielegalną mową nienawiści” w sieci. W opublikowanym wtedy kodeksie postępowania firmy zobowiązały się do szybkiego usuwania postów zawierających taką treść. Trzy lata później KE stwierdziła, że kodeks działa, bo 89 proc. zgłoszeń jest rozpatrywanych w ciągu doby. Z kolei w zaprezentowanej w listopadzie 2020 r. „Strategii równościowej LGBTIQ” Komisja zapowiedziała stworzenie jeszcze w tym roku prawa o usługach cyfrowych, które nie będzie określać, jaki przekaz jest zabroniony, ale ułatwi podejmowanie działań wobec zakazanych treści.

Portale społecznościowe najczęściej blokują (całkowicie lub częściowo) dostęp do postów i profili. YouTube stosuje też demonetyzację – odbiera niektórym filmom możliwość zarabiania na reklamach. Nie zawsze z powodów politycznych. – Niedawno zawiesiłem film na swoim kanale, zdemonetyzowano go – mówi publicysta Rafał Ziemkiewicz. – Zdjąłem i wrzuciłem z nowym tytułem. Znowu zdemonetyzowali. Zmieniłem miniaturę i teraz film wisi i zarabia. Na tamtej miałem zdjęcie z szablą. Widocznie automat wykrył narzędzie przemocy.

Zdaniem Ziemkiewicza, współczesna cenzura przypomina tę sprzed 1989 r., bo reaguje na konkretne słowa. – Facebook jest bardzo cięty na kwestię LGBT, ale jak się napisze „stare rowery”, to automat tego nie wychwyci.

Przebić oligopol

W 2016 r. Facebook zablokował strony Marszu Niepodległości i wiele kont narodowców. Powodem było użycie falangi, symbolu Obozu Narodowo-Radykalnego i Narodowego Odrodzenia Polski. Jak wtedy ustaliliśmy, decyzję podjął konkretny pracownik z biura przy ul. Grzybowskiej w Warszawie. Burza medialna sprawiła, że konta przywrócono. Także w 2016 r. YouTube zablokował relację z marszu zamieszczoną na kanale wrealu24. Później blokowane były inne nagrania z tego kanału, a rok temu serwis na stałe go zdemonetyzował. Szef wrealu24 Marcin Rola chce zatem zbudować własną platformę przypominającą YouTube. – Mam kontrowersyjne poglądy – przyznaje Rola. – Ale będę otwarty na wszystkie treści, nawet takie, z którymi sam kompletnie się nie zgadzam, byle w granicach polskiego prawa.

Próby tworzenia alternatywy dla amerykańskich gigantów jak dotąd nie udawały się. W 2015 r. ewangelicy z Brazylii założyli portal Facegloria, podobny do Facebooka, ale m.in. bez zdjęć homoseksualistów. Portal Marka Zuckerberga zaczął straszyć Brazylijczyków pozwami za plagiat. Facegloria miała kilkaset tysięcy użytkowników, ale dziś pozostał po niej tylko profil na Facebooku. Najwyżej kilka lat działały polskie społecznościówki, takie jak Grono, Spinacz czy Swoi.pl, przy czym tylko ta pierwsza przez pewien czas cieszyła się popularnością. Fotka.pl, niegdyś mająca w Polsce więcej fanów niż Facebook, skończyła jako portal randkowy. We własnych krajach dobrze radzą sobie portale rosyjskie i chińskie, bo władze tych państw nie chcą u siebie Amerykanów zbierających informacje o mieszkańcach. Adresowany do bardzo młodych odbiorców chiński TikTok ma zresztą największe szanse zagrozić dominacji Facebooka. Liczba jego użytkowników na całym świecie jest szacowana na 1,5 mld.

Wielkie serwisy mają więc mocną pozycję, ale mogą się doczekać konkurentów. Jak jednak zauważa Rafał Ziemkiewicz, jeśli prawica będzie miała swoje platformy, a lewica swoje, to każdy będzie żył w swoim świecie. – Czym innym jest konkurencja ekonomiczna. Jeśli nowe portale będą powstawały z powodów politycznych, to zjawisko tworzenia baniek informacyjnych, które i tak są przekleństwem społecznościówek, będzie się pogłębiać – obawia się publicysta. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Rozpocznij korzystanie