Bóg Wam zapłać

Jej życie mogło się skończyć co najmniej dwukrotnie. Ale dostała szansę, którą wykorzystała.

Danka Skalska umierała na gruźlicę. Była ledwie pięciomiesięcznym dzieckiem, kiedy niepytana o zgodę musiała opuścić swój rodzinny dom i z rodzicami wyruszyć ze Lwowa. W podróż – jak sama mówi – „z Polski do Polski”. Przełom listopada i grudnia, szaruga zimowa, dwa tygodnie w odkrytych wagonach, trudno się dziwić, że przyszła choroba, która chciała zabrać maleńkie dziecko. Wówczas jej mama prosiła Boga: „Uratuj ją, proszę, przecież ona w życiu może tak wiele dobra zrobić”. Wiele lat później, gdy Danusia dowiedziała się o tej prośbie złożonej przez mamę Bogu, postanowiła, że musi jej dopełnić. – No więc tak staram się do dziś przez wszystkie lata wypełniać to mamine przyrzeczenie – mówi.

Nie chcą wyjeżdżać

Nie musi rozpoczynać żadnej akcji, nie musi ogłaszać w portalach społecznościowych, nawoływać, prosić. Ciszę jej mieszkania w kamienicy raz po raz przerywa dźwięk telefonu z zapytaniami, jak pomóc, co zrobić, gdzie przynieść dary. Ale są też te bardziej dramatyczne z prośbą o to, by skontaktować z bliskimi tam, po drugiej stronie granicy, gdzie właśnie zaczęło się piekło. Prośby, by namówić, by przekonać, że przyjazd do Polski jest w obecnej sytuacji jedyną sensowną decyzją. A namawiać trzeba, bo większość Polaków nie chce wyjeżdżać, nie chcą opuszczać domów, bo co z tego, że oni uciekną, jeśli serce zostanie na tej ziemi, którą ukochali i której życie oddały kolejne pokolenia Polaków mieszkających na Kresach. Więc z całym poświęceniem wydzwania, pyta o sytuację, prosi, by porozmawiali z bliskimi i uciekali przed bombardowaniami, póki jeszcze w tym rejonie ich nie ma, póki jeszcze Lwów i inne miasta na zachodzie Ukrainy można opuścić.

Głód

Był 1956 rok, kiedy mamie Danki udało się po raz pierwszy wyjechać do Lwowa, do siostry. Znów była zima, znów szaruga, mróz. Danka nie pamięta z tamtego czasu miasta osnutego zimowym zmierzchem, przemokniętego i brudnego. Pamięta za to doskonale, że siostra jej mamy mieszkała z czworgiem dzieci w maleńkim pokoiku na parterze domu. – Ciocia była stróżem nocnym – wspomina Danka. – Było jej bardzo ciężko, ale pewnie pracowałaby jeszcze ciężej, by tylko uchronić dzieci przed głodem, który wówczas panował. Najstarszą córkę wysłała na wieś, by u gospodarzy pasła krowy i by tam miała miskę strawy. Kiedyś, gdy córka przyjechała odwiedzić mamę, uczyniła jej wyrzut, że ona tam pracuje, a jej siostra Janka leży w domu w łóżku i tak dobrze wygląda, taka gruba. Mama podeszła do dziewczynki, nacisnęła na jej ciało palcem i odsunęła dłoń. Wgłębienie pozostało. Dziecko było opuchnięte z głodu, tak słabe, że nie opuszczało łóżka i nie potrafiło z radością wybiec na spotkanie długo niewidzianej siostry.

Te opowieści wstrząsnęły dwunastoletnią wówczas Danką. Widziała, jakie dramaty rozgrywają się w domach Polaków, ale nie tylko. Ukraińscy sąsiedzi też cierpieli głód i biedę. Te obrazy, te historie wróciły z Danką do Polski. Wiele lat później na pogrzebie cioci obiecała jej, że weźmie jedną z córek, Helę, do Polski. 13 lat mieszkały razem, potem Hela wróciła do Lwowa. Dziś Danka prosi, by jak najszybciej wyjechała z bombardowanego kraju, ale nie umie jej przekonać. Kuzynka ma tam rodzinę, dzieci, wnuki. Nie może opuścić domu, nie chce.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Rozpocznij korzystanie

Reklama

Reklama

Reklama