Ginący inaczej

Informacje o zgonie wielu „ginących” zawodów były przedwczesne. Szewcy, kuśnierze czy rymarze, którzy przetrwali chude lata, mają szansę działać dalej.

Co panowie mówią? Magle miałyby zaginąć? – dziwi się Józef Kozłowski, właściciel magla przy ul. Oleśnickiej 2 we Wrocławiu. – Magle były, są i będą. A panowie z magla nie korzystają? To kto prasuje? – wypytuje.

– Dzisiaj jest sporo obrusów, które mało się gniotą, prześcieradła często są z kory... – zaczynam wyliczać. Pan Józef wskazuje na półki, gdzie leżą poskładane w równe paczki prześcieradła. – Ale zobaczcie, prześcieradła z kory też ludzie przynoszą. Wymaglowane luks, co? Na takim prześcieradle też lepiej się śpi – przekonuje. Rzeczywiście, wyglądają elegancko. – Z magla korzystają kobiety, co mają dzieci i pracę. Muszą obiad ugotować. Mają jeszcze pół dnia stać nad prasowalnicą? A prąd na żelazko też kosztuje. W domu sobie te rzeczy z magla tylko poukładają w szafie, osobno prześcieradła, osobno poszwy i ręczniki, a nie jak u bałaganiarzy byle jak – mówi. W ogóle pan Józef mówi dużo i miło się z nim rozmawia. W końcu jesteśmy w maglu.

Branża maglana

A jednak perspektywy rozwoju „branży maglanej” nie są aż tak świetlane, jak można by wywnioskować z rozmowy z panem Józefem. Kiedyś magle stały w każdej wsi, a w miastach było ich mnóstwo.

Teraz zostały pojedyncze. Zresztą po chwili rozmowy pan Józef sam przyznaje, że gdy 36 lat temu zaczynał pracę przy Oleśnickiej, klientów było co najmniej trzy razy więcej. – Panie, nie szło wejść, tylu ludzi. A przed świętami to nawet nie przyjmowaliśmy, bo nie dało się wszystkiego przerobić. Nie wiem, może dzisiaj ludzie mniej pieniędzy mają? – zastanawia się. – Choć ja z klientów skóry nie zdzieram, poszwę magluję za dwa pięćdziesiąt, prześcieradło za złotówkę, a taki ręcznik to za 20 albo i 10 groszy. A jeszcze wodą kropię to pranie za darmo... Witam pani doktor, poczekajcie panowie, tylko zaniosę to pani doktor do auta – mówi, wychodząc przed sklep z paczką wymaglowanej bielizny. – Korzystam z tego magla od 20 lat – mówi klientka z odległej dzielnicy Biskupin, lekarz z zawodu.

Po chwili przychodzi mężczyzna z psem. – Mam psa na wypadek, gdyby nie chciał mi pan wydać bielizny – zagaja. – 15 złotych? Ale to chyba z dostawą do domu? – pyta z poważną miną. – Oczywiście, daj pan klucze do mieszkania i tu zaczekaj – odpowiada z równą powagą właściciel magla. – Nie dam, bo na wierzchu zostawiłem alkohol. – Nie szkodzi, ja dużo nie wypiję – rozmawiają. Znają się tylko z widzenia. Ale w maglu, zwłaszcza takim, trzeba chwilę pogadać.

Wygląda tu, jakby czas zatrzymał się przed trzydziestu laty, jakbyśmy znaleźli się w kapsule czasu. Światło daje stara świetlówka, a sam magiel, stojący w końcu pomieszczenia, ma około pół wieku. 77-letniego właściciela można tu spotkać codziennie od 6 rano do 18 wieczorem. – Żona mi zmarła, co ja będę biedny sam w domu robił? Rano magluję przez kilka godzin, robię sobie coś do jedzenia, a potem tylko wydaję wymaglowane rzeczy i rozmawiam z ludźmi. Co najmniej kilkunastu dziennie przychodzi. Parę groszy do emerytury dorobię, wystarczy na czynsz, gaz i naprawy magla – tłumaczy.

Zawód: podkuwacz

A co z takimi rzemieślnikami, jak krawiec, szewc czy rymarz (wyrabia uprząż i siodła)? Przed dziesięciu laty ubywało ich w szalonym tempie. Zdawało się, że te zawody wyginą do zera. „Dziennik Zachodni” dał kiedyś tekstowi o ginących zawodach tytuł: „Spieszmy się kochać szewców, bo trzeba będzie za nich kląć”. Zdawało się, że nikt nie będzie naprawiał butów, skoro nowe można sobie kupić za 20 złotych.

A jednak – niespodzianka: liczba szewców po spadku o ponad połowę ustabilizowała się. A rymarzy, których nie było już prawie wcale, zaczęło nawet przybywać. Jakim cudem? Bo co prawda na wsi konie zostały zastąpione przez traktory, ale za to coraz popularniejsza jest rekreacyjna jazda konna. Oferują ją spragnionym atrakcji mieszczuchom choćby gospodarstwa agroturystyczne, które powstają jak grzyby po deszczu. – Rymarstwo znów przeżywa rozwój, bo ktoś tę robotę musi przecież wykonać. W zeszłym roku został nawet formalnie wprowadzony do klasyfikacji nowy zawód: podkuwacz koni – mówi Jolanta Kosakowska, dyrektor zespołu oświaty zawodowej i problematyki społecznej Związku Rzemiosła Polskiego.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie