Zawód: reporter

Gdzie jest granica ryzyka, której dziennikarz nie powinien przekraczać?


W niedzielę 25 sierpnia eurodeputowany Bogusław Sonik dostał niepokojącą wiadomość z ogarniętego rewoltą Egiptu. „Trzymają nas na policji, chyba głównej, i nie zamierzają wypuszczać. Jesteśmy skuci kajdankami na dołku. Zwinęli nas z ulicy zaraz po godzinie policyjnej, a teraz ma nas skazywać sąd. Mój telefon na wyczerpaniu, dają mi go na chwilę”. Autorem SMS-a był dziennikarz Marcin Mamoń. 


Element niepewny


Jest wolnym strzelcem, pracuje dla różnych redakcji. Do Aleksandrii poleciał w ciemno, by zobaczyć, co sprawiło, że w Egipcie polała się krew. To może nie Kair, ale i tak bliżej epicentrum wydarzeń niż bezpieczna Hurghada, gdzie po wybuchu zamieszek zatrzymała się większość korespondentów. Czy kusił los, pozostając na ulicy po godzinie policyjnej? Biorąc pod uwagę tamtejsze realia – nie. Polski reporter został wraz z tłumaczem zgarnięty z zatłoczonej ulicy, przy której wciąż czynne były sklepy i restauracje. Niebezpiecznie zrobiło się dopiero, gdy policjanci zobaczyli w paszporcie Marcina wizy z najbardziej niebezpiecznych miejsc na świecie, z Afganistanem i Syrią włącznie. Ponieważ nie miał żadnej dziennikarskiej akredytacji, uznano go za „element niepewny”. – Wiadomość wysłałem do Sonika, bo wiedział, że tu będę. Poza tym znam go od lat i wiem, że potrafi być skuteczny – mówi Mamoń. 
Decyzja była trafna. Otrzymaną wiadomością poseł natychmiast podzielił się na Twitterze, błyskawicznie zaczęły działać też nasze służby dyplomatyczne. Od rana konsulowie RP z ambasady w Kairze robili wszystko, by jak najszybciej doprowadzić do wypuszczenia zatrzymanych. Po 20 godzinach, głównie dzięki interwencji ambasadora Piotra Puchty u gubernatora Aleksandrii, Mamoń i pomagający mu tłumacz byli wolni.


Na czarnej liście


Rozmawiamy już po powrocie do kraju. Marcin mniej jest zmartwiony zatrzymaniem, bardziej tym, że musiał opuścić Egipt i nie zrealizował założonego planu. Noc spędzona w egipskim więzieniu nie była dla niego najbardziej ekstremalnym doświadczeniem. A gdzie było gorzej? – Na pewno w Afganistanie. W 2004 roku, gdy przygotowywałem materiał dla BBC, zostałem zatrzymany przez tamtejszą policję. Nie bardzo chcieli wierzyć, że jestem tym, za którego się podaję. Zwłaszcza że równocześnie ze mną zwinięto pewnego znanego amerykańskiego najemnika polującego samodzielnie na terrorystów. Wyglądało to naprawdę poważnie – wspomina Mamoń. Równie niebezpiecznie było w Kongu, gdzie posądzono go o współpracę z przemytnikami. Niepewnie czuł się także w więzieniu w Inguszetii. Z Rosjanami nigdy nie wiadomo, jak się zachowają. Wtedy go puścili, ale wciągnęli na czarną listę. Nie ma już wjazdu na teren Federacji Rosyjskiej. 
Wszystkie te przeżycia bledną w porównaniu z tym, co przeżył przed rokiem w Syrii. Nie trafił do więzienia, za to wielokrotnie bywał pod ostrzałem. – Na wojnie bywałem wiele razy, ale nigdy nie celowano do mnie. Tam po raz pierwszy. Nie było żadnej gwarancji, w czyich rękach jest sąsiednia przecznica, a nawet brama. Każdy spotkany człowiek mógł okazać się potencjalnym zagrożeniem – mówi Mamoń. 


Zadymiarz i dziennikarz


Marcin dorastał w cieniu „Tygodnika Powszechnego”. Jego ociec, Bronisław, był w piśmie Jerzego Turowicza wieloletnim szefem działu kultury. Zmarł dziesięć lat temu. Syna ciągnęło jednak bardziej do czynu niż do pióra. W czasie stanu wojennego w szkole prowadził wśród uczniów „tajne komplety”, obejmujące to, czego w programach historii i polskiego nie było. Najlepiej jednak czuł się w „akcjach bezpośrednich”: malowaniu haseł na murach i rozrzucaniu ulotek. Najbliżej mu było do Federacji Młodzieży Walczącej, najchętniej uczestniczył w oryginalnych happeningach, takich jak zatrzymanie i próba wymiany ministra oświaty i szkolnictwa wyższego Jacka Fisiaka (w lutym 1989) na przetrzymywanych przez MO kolegów.
Po 1990 r. zaczął pracować w „Czasie Krakowskim”, ale nie zarzucił uczestnictwa w czynnych protestach. Okupował lokal ZSMP i siedzibę KW PZPR w Krakowie, uczestniczył w protestach pod konsulatem rosyjskim. Po jednym z nich, w 1994 roku, został – wraz z kilkoma innymi dziennikarzami – zatrzymany przez policję. Był już wówczas reporterem TVP. „Gazeta Krakowska” piórem Jerzego Skoczylasa odcięła się od aresztowanych kolegów, pisząc, że to „zadymiarze”, a nie dziennikarze.
Dla Marcina Mamonia osobiste zaangażowanie „w sprawę” zawsze było nierozdzielne z misją dziennikarza. Chciał robić filmy (ukończył Dokumentalny Kurs Mistrzowski Andrzeja Fidyka), ale nie zamierzał w związku z tym rezygnować z publicznej aktywności. FMW zastąpił ruchem „Wolność i Pokój”, a potem Ligą Republikańską, najbardziej odpowiadającą jego temperamentowi.


Różaniec i nóż


Pod koniec lat 90. w kraju zrobiło się zbyt normalnie, więc Marcin Mamoń ruszył w świat. Płonął Kaukaz, więc kierunek wschodni był dla niego oczywisty. Skoro front walki z imperium zła przeniósł się do Czeczenii, to on tam powinien być. A nie wchodził w rachubę wyjazd oficjalny z legitymacją prasową, raczej wyprawa „pod przykrywką” i na własne ryzyko. – Chciał mieć koniecznie wywiad z Szamilem Basajewem. To był dla niego punkt honoru. I dopiął swego, choć kosztowało nas to sporo zdrowia – śmieje się Andrzej Jaskowski, operator, z którym Mamoń pracował w Czeczenii. – Twardy zawodnik. Pamiętam takie strome podejście w górach, całodzienny marsz. Choć był z nas najwątlejszy, wziął najcięższy plecak i zasuwał na czele. Z różańcem w ręce. Tłumaczył potem: „Bez modlitwy nie dałbym rady” – wspomina Jaskowski.
Opowieść o różańcu potwierdza sam Marcin. – Dostałem go od kompozytora Michała Lorenca i zawsze go noszę. A o sile modlitwy przekonałem się już podczas studenckich pielgrzymek. Nie ma lepszego „dopalacza” – zapewnia. W jednym z wywiadów podkreślał, że żadna jego wyprawa nie może się obejść bez dwóch rzeczy: różańca i noża. To zestawienie może i dziwne, ale dobrze oddające naturę Mamonia. Za komuny w tym samym czasie licealista Marcin uczestniczył w niszczeniu lokali wyborczych przed głosowaniami do Sejmu PRL i… organizował Duszpasterstwo Szkół Średnich „Przystań” przy klasztorze oo. dominikanów w Krakowie. I tak mu zostało do dziś. 


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie