„Dom” w Libanie

Krzyż w Bejrucie to znak wiary, ale i symbol tożsamości oraz... terytorium. Jest wyraźną informacją: jesteś u chrześcijan. Tu jest nasz świat. Będziemy go bronić. I tylko przed krzyżem klękniemy. Wolimy zginąć, niż stracić wiarę.

Nie klękam przed nikim ani niczym, tylko przed krzyżem. Tak brzmi napis na jednym z wiaduktów w centrum Bejrutu. Krzyże są tu wszechobecne. Przymocowane do ścian domów, wiszące nad skrzyżowaniami, wystające z balkonów. Drewniane, żelazne, czasem plastikowe bądź ułożone z neonów, które migają nocą. Albo zawieszone nad ulicznymi skrzyżowaniami. Jak ten uwięziony w gęstej plątaninie kabli elektrycznych, przywodzącej na myśl czarną pajęczynę, nad ruchliwym skrzyżowaniem ulic w jednej z biedniejszych dzielnic libańskiej stolicy. Na belce widać wydrapany napis: „żołnierze Chrystusa”. Kilkadziesiąt lat temu w Libanie wybuchła okrutna wojna domowa, w dużym uproszczeniu – między muzułmanami a chrześcijanami. Obie strony popełniały zbrodnie. Za swoją wiarę, za krzyż zginęły tysiące Libańczyków. Dziś to Liban gości tych, którzy są prześladowani.

Lepiej zginąć, niż stracić wiarę

Dwie starsze kobiety, w przybrudzonych, czarnych sukienkach, obładowane wypełnionymi po brzegi plastikowymi torbami, przystanęły na chwilę przy skrzyżowaniu. Ostre rysy twarzy, ziemista, brązowa, cera. To uciekinierki z Mosulu, jednego z najważniejszych miast irackich, dziś w większej części opanowanego przez bojowników Państwa Islamskiego. Opowiadają nam o koszmarach, jakie widziały. O stracie domu. O tęsknocie i strachu o los najbliższych, którzy wciąż żyją w okolicy działań IS. Może zdołali uciec... Jedna z kobiet przejeżdża palcem po swojej szyi. Wymowny gest, sugerujący, co się stało, jeśli fundamentaliści złapali jej rodzinę.

We wspomnienia z Iraku wplątują się opowieści o trudnościach dnia codziennego. Ciągły niedostatek pieniędzy, konieczność życia z tego, co dostaną od organizacji pomocowych, brak perspektyw zmiany, w końcu niepewność, czy Liban nie odeśle ich do domu. Ale jednego są pewne: „Daesh pozwala żyć tym, którzy przejdą na islam. Ale lepiej zginąć, niż stracić wiarę ojców”.

W plastikowych siatkach mają głównie artykuły spożywcze. Dostały je od chrześcijańskiej organizacji pomocowej, której siedziba znajduje się tuż przy skrzyżowaniu, nad którym leniwie kołysze się krzyż żołnierzy Chrystusa.

My tu umieramy

Punkt dystrybucji pomocy znajduje się w podziemiach 4-piętrowego budynku. Schodząc w dół, mijamy schludną, niewielką kapliczkę. Kilka drewnianych ławek ustawionych na wprost ołtarza, na którym znajduje się kilka portretów świętych w złotych ramkach. Nikogo nie ma, jeśli nie liczyć staruszki, która przystanęła przy wejściu i obserwuje świętych. Za to w pomieszczeniach, gdzie rozdawana jest pomoc, kłębi się tłum. Uchodźcy z Syrii, Iraku, ale także Afganistanu... oraz biedota libańska. Nie tylko chrześcijanie. Nikt nie sprawdza wyznania, każdy potrzebujący może tu przyjść. Rozdawane są głównie ubrania i jedzenie, ale także zabawki. Spotykamy uciekinierkę z Syrii. Chrześcijanka. Zaprasza nas do swojego „domu”.

Dachy są najtańsze. Uciekinierów z Syrii nie stać na wynajęcie mieszkania, nie mogą też żyć na ulicy. Zostaje więc tylko „droga w górę”. Z Bejrutu zaczyna wyrastać nowe miasto. Powstają kolejne dobudówki. Ulepione z najtańszych materiałów. Bardziej namioty niż kolejne piętro domu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że na dachach Bejrutu rozbił swoje obozowisko naród koczowników.

W jednym z takich namiotów mieszka poznana przez nas chrześcijanka. Ma trochę ponad 60 lat. Jej syn i wnuczka zginęli w wypadku motocyklowym już w Libanie. Drugi syn wyjechał do Europy. Pochodzi z Homs. W Syrii, do czasu wojny, było jej dobrze. Teraz, po kilku latach w Libanie, nie ma już za co żyć. – Miałam kolczyki, sprzedałam. Miałam piękne pierścionki, też sprzedałam. Nawet krzyż musiałam sprzedać – opowiada. Nie może znaleźć pracy. – Może macie maszynę do szycia? – pyta. – Mogłabym skracać spodnie, szyć chustki.

Gdy opowiada o swoim życiu w Syrii, a zwłaszcza o losie chrześcijan podczas wojny, ścisza głos. Mówi, że i tu boi się muzułmanów. – Trwam tu tylko dzięki modlitwie. Stąd można wyjechać albo umrzeć. Rozumiecie? My tu umieramy – dodaje.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Sławek z OPOLA
    16.05.2016 07:48
    No właśnie ostatnie zdanie jest bardzo ważne.... tak na prawdę to Polska pomaga skoro przeznacza środki na pomoc w ich rejonie zamieszkania....
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Rozpocznij korzystanie