Malediwy w Jaworznie

Nie musisz pokonywać tysięcy kilometrów. Przyjedź do Jaworzna. W Polsce też mamy Malediwy.

Sława parku Gródek, położonego między Pieczyskami a Ciężkowicami w Jaworznie w województwie śląskim, zaczęła się od urzekających zdjęć umieszczonych na blogu przez młodych podróżników. Potem, zafascynowana bajecznym krajobrazem, Martyna Wojciechowska pokazała na Instagramie widziane z drona turkusowe wody zbiornika Wydra z wijącą się serpentyną kładek. Polubienia posypały się w tysiącach, a za nimi zaczęto tu zjeżdżać z różnych stron. Żeby napatrzeć się na cuda natury na ponadtrzykilometrowej trasie w rajskim krajobrazie.

Zakochany

Ktoś przyprowadzony tu z zawiązanymi oczami nie uwierzyłby, że to miejsce znajduje się w dawnym mieście przemysłowym, w którym w XVI w. powstała pierwsza kopalnia węgla kamiennego na ziemiach polskich. A co jeszcze bardziej nieprawdopodobne – na terenie zniszczonej cementowni i wysypiska śmieci. Turkusowe wody zbiorników wodnych, brunatnoczerwone urwiste skały nad poprzecinaną tatarakami tonią sprawiają, że można się pomylić, stwierdzając, pod jaką szerokością geograficzną jesteśmy. Niektórzy porównują to miejsce do Jezior Plitwickich w Chorwacji. Tam też woda w kontakcie z wapiennym podłożem nabiera niepowtarzalnego turkusowego odcienia. Inni obstają przy tym, że to polskie Malediwy. Kiedy stoję na szczycie urwiska w drugiej części dolomitowego kamieniołomu, jestem pełna podziwu dla przyrody, która zmartwychwstaje po wieloletnim podporządkowywaniu jej przemysłowi. Mam go też dla ludzi, którzy zdecydowali się jej dopomóc. – Chcemy, żeby panowała tu wyłącznie przyroda – mówi Marcin Tosza z Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu Miasta Jaworzna. Kiedy szukałam kogoś najlepiej znającego polskie Malediwy, wskazano mi właśnie jego. – W 2011 r. zacząłem tu się włóczyć i zakochałem się w tej okolicy – mówi. – Tak mi zostało do dziś – dodaje.

Pan Marcin ma świadomość, że odkąd poszła fama o atrakcyjności tego miejsca, ściągające tu tłumy działają na niekorzyść przyrody. W wakacyjne weekendy Gródek przypominał Krupówki. Widział wtedy stosy śmieci, które przyjeżdżający pozostawiają byle gdzie. Boli go też bezmyślne parkowanie samochodów. Kiedy wybrał się tu w jedną z lipcowych sobót, z jego inspiracji straż miejska wypisała za jednym razem sto mandatów bezprawnie parkującym na trawniku. W czasie naszego spaceru co chwilę schyla się, żeby podnieść porzucone papierki i butelki. Zwraca uwagę, że wszystkie obiekty są tu ekologiczne, drewniane, tylko kosze betonowe, żeby ich nikt nie przewrócił. Z wykształcenia jest leśnikiem i specjalistą od geoinżynierii i rekultywacji przyrody. Podkreśla, że przy powstawaniu Gródka pracował cały sztab ludzi z UM. Ich działania szczególnie wspierał Krzysztof Ciemieniewski, pełnomocnik do spraw rozwoju Jaworzna.

Zamiast cementowni

Podczas spaceru uczestniczymy w poglądowej lekcji przyrody. – To jest niecierpik przyniesiony na butach żołnierzy Armii Czerwonej – pan Marcin wypatruje małą roślinę w gąszczu rosnącym przy drodze. – Gatunki inwazyjne, takie jak nawłoć czy dąb czerwony, eliminują inne, zawłaszczają teren na wyłączność. Muszę tu przysłać ludzi, żeby je wycięli – mówi. Idziemy dawnym terenem cementowni Jaworzno-Szczakowa. – Największy boom przeżywała w 20-leciu międzywojennym – opowiada nasz przewodnik. – Cement z Jaworzna wożony jako balans na statkach płynących z Holandii do Nowego Jorku posłużył do budowy wieżowców na Manhattanie – dodaje. Kiedy przedsiębiorstwo ogłosiło upadłość na początku lat 80. zeszłego wieku, okoliczni mieszkańcy cieszyli się, bo przez lata otoczenie pokrywała warstwa szarego pyłu. Pobliski zbiornik wodny Sosina wyglądał, jakby był zacementowany. Już w 1970 r. wyłączoną z pracy część cementowni zamieniono w składowisko odpadów komunalnych. Śmieci zaprzestano tam zwozić dopiero w 2004 r. Pan Marcin przechowuje zdjęcia, na których widać szerokie pole pełne odpadków. Właśnie wtedy Urząd Miasta Jaworzna podjął się rekultywacji terenu. Kiedy weszli tam jego pracownicy, ziemia iskrzyła się różnymi kolorami – nie kwiatów, ale śmieci. Na 19 hektarach wysypiska zaczęto nawozić iły z okolicznych kopalń, pozostałe jako odrzut przy wydobyciu węgla. Stanowią nieprzepuszczalną dla wody warstwę i dlatego zwykle utwardza się nimi teren pod budowę dróg. Nawieziono na nie półtorametrową warstwę ziemi spod budowanej elektrowni, żeby stworzyć tzw. murawy ciepłolubne kserotermiczne, czyli łąki. Na łąkach mijanych podczas spaceru uczymy się rozróżniać cykorię wędrownika, krwawnik pospolity, szałwię lekarską, macierzankę piaskową, dziurawiec zwyczajny, głóg, tarniny, dziką różę. A gdyby to była wiosna, królowałyby tu zawilec i przylaszczka. – Nasze łąki zaczęły się od wypasu kilku owiec – opowiada pan Marcin. – Na ten pomysł wpadła prof. Barbara Tokarska-Guzik z Wydziału Ochrony Środowiska Uniwersytetu Śląskiego, z którą zaczęliśmy poważną współpracę. Owce wyjadają konkretne gatunki roślin, a to jest niezbędne, by powstała prawdziwa łąka. Wiedzieliśmy, że ks. Mirosław Tosza, szef wspólnoty byłych bezdomnych Betlejem w Jaworznie, hoduje osła, więc zgłosiliśmy się do niego z propozycją pomocy przy hodowli owiec. Przystał na to i co roku od maja do końca września przysyła swoich ludzi do wypasu owiec w Gródku.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Rozpocznij korzystanie